Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ici bas tous les lilas meurent,
Toutes les fleurs ne fleurissent qu’un jour.

Śmiech baronowéj rozległ się w progu. Ukazała się rozbawiona, wesoła, z odrobiną podrażnienia w ruchach i oczach, i powitała artystkę energicznym uściskiem dłoni.
— Odzyskały zatém panie swojego dezertera!
— Będzie miał ciężką przeprawę z moją siostrą — odparła Magda, nie przestając malować.
— A pani żadnych pretensyi nie ma?
— O nie! Zanadto jestem dobrym kolegą.
— Cóż! Jakże się panu portret podoba?
— Prosiłem Magdy o kopię.
— I pewnie odmówiła?
— Naturalnie. Po pierwsze, on lepiéj robi odemnie, a po drugie mam mnóstwo zamówień. Zresztą on mówi, że zbiera tylko fotografie.
Zabrała się do roboty, a baronowa skinęła na Filipa, wskazując mu nizki taburet.
Usiadł prawie u jéj stóp i, wcale się obecnością Magdy nie krępując, zaczął rozmawiać półgłosem. Baronowa słuchała łaskawie, czasem uśmiechając się zalotnie lub nakazując mu milczenie, tonem, który przeczył słowom. Magda, zatopiona w pracy, nie słuchała ich. Po ustach jéj przelatywał zagadkowy uśmiech.
Nagle podniosła głowę i rzekła żywo: