Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/296

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wiedziéć, że jest zajęta, przyjąć nie może, lecz prosi, aby pan się udał do doktora Malickiego.
Filip zajrzał do koperty. Pełna była bankowych biletów. Na razie nie wiedział, co rzec służącéj, która patrzała nań z niechęcią.
— Podziękuj pani majorowéj! — wykrztusił wreszcie. — A młoda pani jest w domu?
— Nie! Wyjechała już dawno.
Nie było tedy co robić. Najdrażliwszy interes poszedł gładko, niespodziewanie: obeszło się bez sceny. Wyszedł, myśląc, czy warto iść do Malickiego. I tych oczu się bał, i szorstkiéj prawdomówności starego.
W hotelu przeliczył pieniądze. Były w porządku; ale postanowił skończyć odrazu wszystko, aby nie potrzebował już nigdy tutaj wracać.
Po południu poszedł do Malickiego.
Doktor, na jego widok, ręce schował do kieszeni i, uprzedzając powitanie, zawołał:
— Ha, zjawiłeś się przecie! No, mam tu dla ciebie pieniądze, osiągnięte ze sprzedaży ruchomości. Stach mi to zostawił, wyjeżdżając nad morze! Poszło wszystko za pół darmo, ale żeś tyle już stracił, to i materyalną stratę zniesiesz stoicznie.
— A cóżem stracił, profesorze? — zagadnął Filip, nadrabiając miną.
— Ano, jak dla jednéj osoby, to dosyć. Straciłeś talent, sumienie i poczucie etyczne. Fundusz