Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Usłuchał i zaczął malować. Ona przypatrywała się robocie i zauważyła, że pomimo widocznego braku wprawy, zachował jeszcze zmysł właściwy i pamięć. Powoli odeszła od stalug, otworzyła pianino i zaczęła jakąś łagodną melodyę. Uśmiechnął się, nie przerywając.
— Zaśpiewaj „Piosenkę Fortunia“ Tostiego. Znasz.
Skinęła głową. Śpiewała nie uczenie, ale czysto — z pamięci zwykle, bo na studyowanie nut nie miała czasu. On jéj zaczął z cicha wtórować.
Utrzymała go tém przy stalugach godzinę. Zmęczył się i przestał wreszcie, ale zajął się swojém dziełem.
— To będzie nieźle — rzekł, przypatrując się z zadowoleniem. — Dobrze, żeś przyszła i trochę mnie napędziła. A toż to będzie dla niéj niespodzianka!
Zawsze ona. Magda zmarszczyła nieznacznie brwi, ale, jak zwykle, wnet się przemogła.
— Jeśli chcesz, mogę przychodzić — rzekła serdecznie. — Słuchać cię będę, grać lub czytać przy robocie. We dwoje raźniéj się pracuje!
— Magda, ty jesteś idealnym kolegą. A wiész, żem się jéj dziś raz pierwszy sprzeniewierzył. Obiecałem solennie, że ci nigdy więcej się nie zwierzę. Napróżno, nie mogę się bez ciebie obejść. Zawsze się wygadam.
— A teraz wyznasz swoje przestępstwo i jutro