Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/292

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


raz nie pójdę do niéj na trzeźwo. Musi mi Oryż poddać rezonu. A to — gotówem przegrać!
Ale Oryża nie zastał. Od rana siedział i on w pałacu dożów i szkicował ten sam obraz, co Filip patrząc ze złośliwą radością, jak tamtemu robota nie szła.
Rzeczywiście Osiecki zupełnie stracił wprawę i oko; przytém roztargniony był i czém inném zajęty, coraz bardziéj tracąc cierpliwość w miarę upływających godzin. Nareszcie mniéj więcéj szkic ukończył i ruszył do domu.
Baronową zastał w łóżku, rozgrymaszoną i kwaśną.
Skarżyła się na wilgoć i newralgię, na nudy i ciszę. Chciała zmiany; na szkic ledwie spojrzała i odrzuciła go.
— Mam dosyć Wenecyi. Chcę innego życia! Wszystko tu mi obmierzło. Żałuję, żem wyjechała od matki! Miałam tam towarzystwo.
— Możemy ludzi poszukać; świat wielki! — zaproponował natychmiast.
Uśmiechnęła się wesoło.
— Tyś idealny człowiek. Kocham cię, uwielbiam za poczciwość! Jedźmy na Riwierę. Tam tak cudnie, tak wesoło.
— Jedźmy, ale gdzie?
— Do Nicei. Tam najtaniéj i najwygodniéj. O, ja się robię oszczędną! Zobaczysz, jak umiem byle czém się obchodzić.