Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/293

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wierzył we wszystko, co mówiła, uśmiechając się i pieszcząc. Znał ją taką, jaką sobie wymarzył, widział to, co sam czuł.
Nie dała mu zresztą czasu do namysłu. Gorączkowo zaczęła się pakować, śpieszyć, naglić do wyjazdu. Nie chciała czekać następnego dnia. Wyjechali tegoż wieczora, zostawiając pałac na opiece obcéj służby, a rachunki — przepłacone skutkiem pośpiechu.
Mniejsza o takie drobiazgi; ale baronowa postawiła na swojém — uprzedziła męża w Monaco. Mogła się pochwalić, że to on ją ściga, gdy w parę dni spotkali w domu gry Faustangera z francuzką.
Tydzień widywali się codziennie. Szczęście w grze nie sprzyjało baronowéj, nie rachowała, ile przegrywała, czerpała z portmonetki Filipa, roznamiętniona widokiem męża, który, przeciwnie, ciągle wygrywał i obojętnie odsuwał wygraną francuzce.
Nareszcie pewnego wieczora Filip frasobliwie się zamyślił, westchnął, stęknął i po długiém milczeniu rzekł:
— Będę musiał opuścić cię na tydzień!
Zadrżała z radości, ale się wnet opamiętała.
— Nie chcę! — zawołała kapryśnie.
— Wolałbym ciężką chorobę, ale muszę! — odparł desperacko. — Muszę do Krakowa pojechać, oswobodzić się z pod kurateli tych bab. W ich ręku zostawiłem nieopatrznie swój kapitał.