Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Widuję! Przychodzi tu niekiedy, mało co mówi, jak osowiały w próżnię się wpatruje, potém bez pożegnania odchodzi. Kaszle okropnie i oczy ma gorączkowe. Myślę, że biedak nie długo będzie się męczył. I to dobre dla niego.
— Malicki mnie dzisiaj prosił, bym wymogła na nim, ażeby pić przestał. Obiecałam, ale wiem, że oberwę impertynencyę albo szyderstwo. Mniejsza o to: był mi dwa lata dobrym kolegą, żal mi go — powiem! Nie wiész, kiedy przyjdzie?
— Może i dzisiaj, bom go prosiła o książkę jaką o sztuce ornamentacyjnéj. Obiecał się wystarać, więc może dziś przyniesie. Zaczekaj.
Magda skinęła głową, poczęła dla zabawy rozcinać etykiety.
— Jak ci teraz pusto! — rzekła serdecznie.
Berwińska jeszcze niżéj spuściła głowę i zacięła usta.
— Więcéj już mam z tamtéj strony, niż z téj! — odparła po chwili spokojnie. — To dowód, że i mnie już do tamtych bliżéj.
— A ten domek z ogródkiem? Pamiętasz?
— O, tego się nie zrzekam. Mam plan domku i rysunek klombów w głowie. Opowiadam sobie saméj różne bajeczki, i dobrze się bawię.
Uśmiechała się, mówiąc, i tylko bardzo wprawne oko poznałoby, że śmiech ten był to istny Galgenhumor!