Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Poczekaj, aż będzie nieszczęśliwym; wtedy dopiéro się przekonasz, czem jesteś.
— Ależ on może być właśnie nieszczęśliwym przeze mnie! Myślę, że lada dzień mnie znienawidzi, jako obowiązek i pęta. Chciałam go zjednać dla siebie: straciłam już nawet zaufanie. Jeśli jeszcze dotąd nie kłamie, to dlatego, że mu pozwalam otwarcie się sprzeniewierzać.
— Nie pora na wyrzuty, gdy faktu zmienić nie można. Trzeba myśléć, co daléj.
— Daléj? Biedny on; dla niego to daléj jest tylko zgryzotą i zawodem. Wiesz, że wrócił do baronowéj?
— Spodziewałaś się tego.
— Tak, ale cierpię i jestem męczona skrupułami, że to moja wina.
— To już za wiele brać na jedne barki. Otrząśnij się ze skrupułów, zachowaj swój cel. Chciałaś go strzedz, ale nie obciążać swego sumienia jego słabościami. Na to sobie nie pozwalaj, bo nie wybrniesz, jak z ruchomych piasków. Patrz trzeźwo! Dałaś mu zdrowie i czyste serce, życzliwą i silną dłoń. Gdy to sponiewiera, daj mu opiekę w biedzie, a duszę zachowaj dla siebie. Nie może być nieszczęśliwym zupełnie ten, co ideał ma w życiu! Nabierz więc otuchy i nie zasklepiaj się w troskach uczucia.
— Dziękuję ci. To zdrowie i praktyczne, co mi radzisz. A teraz jeszcze jedno. Widujesz ty Oryża?