Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niem arkuszy etykiet, jeszcze bledszą i mizerniejszą, niż za życia ojca.
Spojrzała na nią, i postanowienie jéj się zachwiało. Jeśli spyta, powié jéj wszystko.
Ale Berwińska nie okazała niczem, że wié nawet o zmianie jéj losu. Zapytała o pracę.
— Ano, maluję Stacye. Po Wielkiéjnocy myślę wyjechać na paromiesięczny wypoczynek. Nie uwierzysz, jak tęsknię za spokojem i próżnowaniem.
— Gdzież jedziesz?
— Nie wiem. Przecie mam męża — niby!
Berwińska podniosła głowę, popatrzała na nią, ale nie podniosła kwestyi.
Magdę zabolało to milczenie, jak wyrzut.
— Masz żal do mnie? — spytała serdecznie.
— Nie, tylko mi żal ciebie.
— Czemu? Wyglądam nieszczęśliwa?
— Wiesz, jak ci jest, beze mnie. Po co pytasz?
— Ty mi czasem robisz wrażenie jasnowidzącéj.
— Nie jestem nią, ale znam ciebie i mam wiele czasu do zestawiania faktów i wysnuwania wniosków. Ostatnim razem, gdym była u ciebie, byłaś ze sobą w niezgodzie; potem nie dałaś znaku życia. Teraz milczysz: więc cierpisz! Oto moje jasnowidzenie.
— Jak zawsze, zgadłaś. Cierpię, bo mu jestem już kulą u nogi. Tegom nie pragnęła.