Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jesteś tedy sławną. Pokaż-no się! Czy cię to zmieniło? Ano, trochę. Przybyło ci powagi i godności. Dobrze się czeszesz, aleś zmizerniała. Wiesz, dopiero teraz jesteś kobietą. Gdzież stryjna?
— Za godzinę wróci. Zaczekasz na nią. Znasz przecie baronową Faustanger, która lada minuta przyjdzie do pozowania.
Patrzyła mu uważnie w oczy i była pewną, że na to imię blask gorący mignął w źrenicach, a krew nabiegła w skronie.
On dłonią przesunął po włosach i odparł:
— Poznałem w Ostendzie. Czy tu mieszka?
— Mieszka i spacerowała z tobą wczoraj po Grodzkiéj! — odparła artystka ze śmiechem.
Filip poczerwieniał, okropnie zawstydzony.
A ona dodała szyderczo:
— Jeżeli zaczynasz od kłamstwa i wykrętu, znajdź sobie inną powiernicę! Nie cierpię być zabawianą fałszem!
— Daruj! — odparł Filip z dzikim wybuchem. — To nie kłamstwo, ani wykręt. Ja boję się jéj wspomuiéć nawet, żeby się nie zdradzić, że kocham ją do szaleństwa.
Magda zmarszczyła brwi na jedną sekundę. I jéj krew uderzyła do twarzy, jakby ją zarażała namiętność tego wyznania, ale po chwili odparła spokojnie:
— Jeżeli mam być powiernicą, to nie wolno ci lękać się zdrady. Mów, lżéj ci będzie milczéć przed ludźmi.