Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie widują poza godziną obiadu. Trzeba uwielbiać tę kobietę za jéj cierpliwość i dobroć dla takiéj jędzy.
— No, matek się sobie nie wybiera, a miłość dziecka dla rodzicielki nie jest znowu taką nadzwyczajną cnotą. Zresztą sam mówisz, że mają mało styczności.
— Dosyć, ale życie stało się piekłem. Pomyśl sobie: o każdą parę bucików miéć skandal; nie posiada centa dla siebie...
— Ano, jednak na Ostendę jéj nie żałuje!
— Ale codzień wypomina. Ja tego słuchać nie mogę. Wczoraj była scena o owies dla koni. Taki drobiazg, który jéj robi tyle przyjemności i to ma być jéj wydarte! Chciała już sprzedać; ledwiem wymodlił, by mi to pozwoliła załatwić. Nadzwyczaj jest drażliwa na punkcie prezentów. Nic literalnie przyjąć nie chce, lub natychmiast nawzajem coś ofiarowuje. Mam od niéj mnóstwo pamiątek. Ten kalendarz mi dała i to pióro, i szpilkę do krawata, i srebrną świnkę, jako brelok.
Nie powiedział, co jéj dał w zamian, ale Magda udawała, że wierzy, iż były to równie drobne pamiątki. Malowała pilnie, słuchając.
— Patrz-no, takeś myślał? — spytała, odstępując o krok.
— Dobrze, tylko tu więcéj sieny podłóż!...
— A, leniu, dotknijże się sam! — zawołała, podając mu pendzel.