Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zasady! A ja w niéj właśnie kocham, uwielbiam to niewyrachowane, zupełne oddanie się. Ona tu przychodzi do siebie.
— Ależ ja wcale się nie oburzyłam, tylko zlękłam się, że może właśnie przeszkodziłam wam dzisiaj.
— Nie, tego dnia, gdy być ma, nikogo lokaj nie przyjmuje. Zresztą — powiedziałbym ci sam. Co za bogactwa w duszy té kobiety, ile delikatnych uczuć, głębokich myśli, jakie wykształcenie, a jak nieszczęśliwa, fałszywie osądzona! Opowiadała mi swe życie. Była ofiarą próżności ojca, tyranii i grubijaństwa męża; teraz cierpi tortury z powodu skąpstwa matki, a cały świat plwa na nią, choć nie jest wart jéj jednego spojrzenia. Nazwano ją rozpustnicą, a ona jest czystą, jak łza.
Magda pochyliła się, aby nie spostrzegł ironicznego uśmiechu. Ta mowa o czystości była tak śmieszną w zestawieniu z owemi wizytami w jego mieszkaniu, podczas których lokaj nikogo nie przyjmował.
— Świat często myli się w sądach, ale przecie cóż za plany macie na przyszłość? — spytała.
— Uczynię co ona zechce. Jestem jéj własnością. Ale teraz ona się tak cieszy chwilą obecną! Mówi, że odpoczywa, że jéj tak dobrze, jak w śnie rozkosznym. Niech śni; ja jéj wyzyskiwać nie będę.
— A matka, jak cię traktuje?
— Bardzo dobrze. Zresztą ta chodząca tabliczka mnożenia ani rozumie, ani zna córki. Nigdy się prawie