Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dynata Faustangera i zobaczyć męża? — bryznął złym, zjadliwym tonem.
Baronowéj zamigotały oczy. Nie znosiła tego tonu, budził i w niéj złość i upór.
— Być może — odparła.
— W takim razie zbyteczna ci matki opieka i pieniądze. Mąż ją zastąpi...
— Zapewne! — mruknęła, zacinając się coraz gorzéj.
On głowę oburącz ścisnął i hamował jęk, który go dławił. Po długiéj przerwie rzekł:
— Więc ja mogę już odejść?
— Jeśli podobnie zaczynasz — tak! Nie znoszę obraźliwości i docinków.
— A ja nic znoszę oszukaństwa.
— Jeszczem cię nie oszukiwała; może zacznę, gdy mnie będziesz traktował scenami zazdrości bez powodu.
— Oszukiwałaś, bo Faustangera przyjmujesz pomimo méj wiedzy i tajemnie.
— To się mylisz. Jestem u siebie i mogę przyjąć, kogo mi się podoba, bez prośby o pozwolenie od ciebie. Jestem wolna i pełnoletnia.
— Nie jesteś wolna, jak i ja wolny nie jestem. Cóżbyś powiedziała, gdybym ja się ożenił?
— Powiedziałabym, że korzystasz ze swego prawa. Nie wymagałam od ciebie ani przysiąg, ani zobowiązań. Miłość póty obowiązuje, póki trwa, po-