Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zaledwie wyszedł, Filip wybuchnął śmiechem:
— Ładnegoś sobie wybrała rycerza! Toć karykatura!
— Nie jestem królową i nie mam, ani miéć pragnę, rycerzy. Oryż jest mi tak dobrym kolegą i towarzyszem, jak każdy z was.
— Jak i ja? Może sobie mówicie po imieniu?
— To-byś słyszał. Tobie mówię po imieniu z nawyknienia dziecięcego, a jemu mówiłabym wyjątkowo... jednemu. Nie doszło jeszcze do tego!
— Całe miasto mówi, że się kochacie, że on od ciebie nie wychodzi.
Magda zmarszczyła brwi.
— Całe miasto... to baronowa. Słuchaj-no, ja nigdy o nikim źle nie mówię i życie moje czyste, jak kryształ. Niech ona mnie nie tyka, ani się mną zajmuje! Ja za siebie się nie ujmę, a jednak, jeśli mnie oszkaluje, sama to odcierpi. A ty mi nie mów podobnych rzeczy, jeśli chcesz tu wrócić!
— Nie poznaję ciebie. Nauczyłaś się ostréj mowy i szyderstwa. Nie dbasz już o mnie ani trochę.
— W każdym razie więcéj, niż ty o mnie, a nawet niż ty sam o siebie. A zresztą dwa lata nie mijają bez śladu. Dojrzałam i postarzałam nawet. Tyś bawił się i używał... ja pracowałam i myślałam. Rozeszliśmy się daleko. Teraz szalejesz i toniesz w szczęśliwości. Nie staraj się mnie zrozumieć! Wiesz, żem ci szczerze życzliwa i że cię za brata