Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ja stary, niedołęga, do niczego, więc chociaż domem się zajmę. Tyle wygranéj, że czas mam zajęty, i nie tak wstyd żyć. A zawsze Helci lżéj!
Podreptał do kuchenki, z któréj zalatywała woń jedzenia ubogich; Magda poszła daléj.
W drugim pokoju, przy stole, nad którym wisiała lampa, Helena Berwińska, pochylona, rozcinała etykiety do wina z wielkich, wilgotnych jeszcze arkuszów.
Była to dziewczyna trzydziestoletnia, zwiędła i mizerna, bladéj cery i twarzy jakby zastygłéj, na któréj nie bywało uśmiechu, ale i nie było goryczy, tylko spokój i powaga. Oczy miała bardzo zmęczone i na czole dużo zmarszczek, a usta blade.
Obejrzała się dopiero, gdy jéj Magda położyła obie ręce na ramionach i pocałowała ją w głowę.
— A, to ty? Myślałam, żeś wyjechała. Nigdzie cię nie widać!
— Nie bardzo widocznie tęskniłaś, kiedy nie wstąpiłaś tyle czasu. Miałam dużo zajęcia i czekałam ciebie co sobota na wieczór, Cóż słychać?
— Nic złego. Zawszem na miejscu. Zarabiam, ojciec zdrów; wieczorem, ot, żeby nie próżnować, tnę etykiety i słucham muzyki.
— Prawda, masz bezpłatny koncert. Daj nożyczki; będę, gawędząc, i ja rozcinała! To twój rysunek?
— Mój. Rozcinaj uważnie, bo brakują za byle co.
— No, i cóż ci płacą za to?