Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Rozpytam jutro Oryża. Bądź zdrów... idziesz do Maryni, to jéj powiedz, że wstąpię do Berwińskiéj.
— Wracajże prędko, bo co ja tam będę robił bez ciebie? — rzekł tonem grymaśnym.
Gdy wyszedł, Magda zagasiła ogień, zebrała niedopalone papiery, zakryła obraz i, obejrzawszy się po izbie, ruszyła wprost do właściciela domu.
W kilku słowach załatwiła interes. Pracownia przeszła na jéj własność, umówiła się o cenę, zapłaciła za kwartał z góry, wzięła kontrakt, zgodziła stróża, aby pilnował całości i opału, i poszła ztamtąd, nie mogąc się pozbyć uczucia, że wraca z pogrzebu swojego szczęścia i ducha Filipa.
Wieczór już był i gaz się palił. Minęła parę uliczek i znalazła się przed starem domostwem z ogrodem, gdzie się mieściła piwiarnia. Niesforna muzyka napełniała całą posesyę dźwiękami walca, w przerwach dźwięczały kufle i buczał gwar ludzki.
Magda z podwórza weszła do oficyny drewnianéj i zapukała do drzwi lewych.
— Zaraz, zaraz — odpowiedział kaszlący głos i po chwili otworzył jéj staruszek suchy i mały, posiadający jedną tylko... lewą rękę.
— A, to pani! — zawołał radośnie. — Dopiero Helenka wróciła. Proszę, proszę! Ja jéj obiad przygrzewam.
— Cóż to? Państwo znowu bez służącéj?
— Nie wystarcza — rzekł z westchnieniem. —