Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/309

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie chciał! Brr — za nic! — Lepiej-bym umarł! Ale ba — alboż to wstyd także umrzeć nie może, razem ze wszystkiem? On go może dawno pogrzebał.“

. . . . . . . . . . . . . . . .

Przyszedł przecież dzień, gdy Filip spojrzał przytomnie. Był uratowany. Oryż odetchnął i zdecydował, że może się od obowiązku uwolnić. Zostawił przy chorym dozorczynię zakonnicę, polecił go doktorom i z uczuciem spełnionéj ciężkiéj próby opuścił pałac.
Codzień dowiadywał się u odźwiernego, ale nie odwiedzał rekonwalescenta. Minęło parę tygodni. Oryż interesa Faustangera załatwił, pracował pilnie, wysyłał regularnie swemu wydawcy zamówione illustracye, tekę swą napełniał szkicami, żył wedle swego gustu — przeważnie na ulicy — i marzył, by jesienią odwiedzić Kraków. Było mu dobrze pewnego popołudnia nad morzem, na Lido, gdyż, leżąc, snuł plany, tak różne z niedawną przeszłością. Zamyślony, wpatrzony w błękitną nieskończoność wody i nieba, pół śnił, pół marzył.
Ku niemu od zakładu kąpielowego ktoś szedł powoli, odpoczywając co chwila.
Gdy stanął tuż przed nim, dopiero go Oryż spostrzegł i poznał. Był to Filip, tak zmieniony, że znowu litość ogarnęła malarza i przemogła wszelkie inne uczucie. Podniósł się żywo: