Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/310

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— O, zuch z pana! — rzekł. — Już na nogach, to dobrze!
— A już — odparł Osiecki jakimś dziwnym, tępym tonem. — Sił jeszcze mało, usiądę! Ledwiem odnalazł pana, a chciałem koniecznie spotkać i pomówić.
Usiadł i umilkł. Miał wyraz człowieka roztargnionego, który się gwałtem odrywa od jakiéjś sobie tylko wiadoméj myśli, a z nikim podzielić się nią nie chce, choć ona go absorbuje, odbiera mu prawie przytomność.
— Pięknie tu! — zagaił obojętnie rozmowę Oryż, wskazując morze.
Filip ani spojrzał, ani potwierdził.
— Mówiono mi, że gdyby nie pan, tobym umarł — rzekł po chwili. — To dziwna ta troskliwość... Indyanie czerwonoskórzy pielęgnują tak wrogów przed dokonaniem zemsty. Dlatego nie chcę dziękować! Rozumiem pana!
Oryż głową potrząsnął.
— Ale ja pana nie. Za cóż się mścić mam?
— Za to, żem panu Magdę odbił!
— Pan, mnie? To się pan myli.
— Po co się zapierać? Kochałeś ją pan!
Twarz Oryża skurczyła się trochę; ale wnet spokojnie i poważnie odparł:
— Nie kochałem, lecz kocham. Ale mi jéj nikt odebrać nie mógł: ani pan, ani śmierć nawet, bom