Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dobrze pan robisz. Z pieniędzmi, jak z miłością. Kiedy co łatwo przyszło.. on le passe à d’ autres!
Zwrócił się do Magdy i rzekł:
— Przynoszę pani ukłony od pana Oryża.
— O, co w to, to nie wierzę! — odparła swobodnie. — Zanadto ceni swoje grubiaństwo, żeby o czémś podobném pomyślał. Cóż? Jakże mu idzie robota?
— Świetnie. Jutro go uwolnię, bo mi zanadto demoralizuje personel redakcyjny. Przyślę go pani na rekolekcye!
— Toby był zacny chłopak, żeby mu uciąć połowę języka! — rzekła majorowa.
— I umyć go gruntownie! — dodał Filip.
W téj chwili wszedł pan Sylwester i od progu zawołał:
— Nasz artysta się żeni, ani chybi. Co za luks, co za szyk!
— Bajesz! — odparł Fink. — To ty się żenisz podobno.
— Ja? Uchowaj Boże!
— A no, to się kochasz. Onegdaj przecie przyjmowałeś damy.
Stary galant zrobił minę skromną.
— Baronowa uczyniła mi zaszczyt zwiedzenia zbiorów — rzekł dyskretnie.
— Taak? — ironicznie zapytał Fink. — I ofia-