Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ano, przyszłam i, że mi się czas dłużył, sprobowałam farb. Wyśmienite są i światło masz wymarzone! — odparła wesoło, odkładając paletę i podając mu rękę.
— Nie pocałujesz? — zaśmiał się.
— Nie mam ochoty. Zanadtoś już duży.
— Cóż u was słychać? Czy jeszcze opłakujesz Oryża?
— O stale! Wiesz że mam zasadę: semper fidelis.
— Ale jak się ten twój gust godzi z artyzmem, tego nie rozumiem.
— Tyle jest anomalii na świecie... — ruszyła ramionami.
— I ten szczęśliwiec opuścił ciebie na długo?
— Zdradził najhaniebniéj i porzucił mnie, biedną ofiarę. Jestem złamana!
— Powiedz, drwisz, czy nie? Masz jakiś ton zagadkowy. Myślę czasem, że w gruncie rzeczy ty nas oszukujesz, a przecie każdy przysięga, że się kochacie. O niczem teraz innem nie mówią.
— Niech im służy tyle, co mnie. A ty, próżniaku, czemu nie malujesz?
— Nie mam czasu i teraz dni takie chmurne. Zresztą nie cierpię podmalówki.
— Chcesz? mogę ci to zrobić. Ot, gadaj co, a ja ci smarować będę. Dla mnie znowu to zabawka.
— A dobrze. Zjesz ze mną śniadanie potem.
— Nie. Szkoda czasu. Modelkę mam od drugiéj.