Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/273

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Odpisz mu, jak chce, niech wie wszystko! — rzekła. — Mnie to już nic nie obchodzi.
— Nic, i ręczysz, że tak zostanie już?
— Tak. Darowałabym mu zdradę, bo człowiekiem jest; darowałabym szał i zapomnienie, bo wrażliwą ma naturę: ale nie daruję błota, którem na mnie cisnął, i zarzutów, któremi siebie chce uniewinnić. Wymazał z mojéj duszy wszelką pamięć, nawet niechęć, niema go już i nie będzie więcéj!
— A jeżeli wróci upokorzony, nieszczęśliwy, błagający łaski?
— Pokażę mu ten list i minę go, jakbym go nie znała.
— Nieprawda. Témbardziéj nim się zajmiesz, gdy nie kochasz. Tego się nie zarzekaj. Znajdzie on twoją dłoń w potrzebie. Jesteś z tych, co dotrwają do końca, tém mężniejsi, o ile to ich więcéj kosztuje. Teraz wyjeżdżasz, i słusznie. Nie chcesz do krytyki, która go spotka, dorzucić ani jednego słowa. Potem nie zechcesz wspomnieć mu nawet o jego nikczemności, i zostaniesz sobą. On cię porównał kiedyś do wody i płomienia. To słowo ukochanego stało się twoją zasadą i dotrzymasz go tembardziéj względem niego samego.
— Przeceniasz mnie! — odparła Magda. — Zresztą zostawiam mu jeszcze tyle honoru, że sądzę, iż do mnie o pomoc i ratunek zwrócić się nie ośmieli.
Berwińska widocznie miała inne wyobrażenie, bo uśmiechnęła się ironicznie.