Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ubliżające godności kobiecéj, niż jego nieokrzesanie — odparła spokojnie. — W intencyi on mnie nie obraził. Pozór trzeba wybaczyć, jak źle wychowanemu dziecku.
Odkryła portret. Sylwester ręce złożył.
— Żywa, oddycha, krew w niéj krąży: to arcydzieło! Pani siebie przeszła!
Artystka prędko zasunęła płótno.
— Słuchać pana nie mogę. Pan się nie zna: tysiące błędów! Będę jutro poprawiała.
— Nie godzi się. To cudo. Klękajcie narody!
— Milczże pan przez litość i jedźmy!
Majorową zastali w przedpokoju, gotową do wyjścia.
— Jedziesz z nami? — zapytała Magda.
— Nie mam czasu. Stróż mi mówił o trojgu sierot po szewcu. Muszę się o nie dopytać. Mam też interes do siostry Róży u szarytek.
Magda nie nalegała. Życie artystyczne wyrobiło w niéj samodzielność i dojrzałość.
Wsiadła bez żadnéj złéj myśli do powozu pana Sylwestra i cieszyła się niefrasobliwie piękną pogodą, ruchem ulicznym i spotykanemi typami.
Znajomi, widząc ją, witali z uśmiechem.
Miała-bo wielu przyjaciół, z powodu szczerego i wesołego usposobienia, a bardzo mało zawistnych z powodu zupełnego braku pychy i zarozumiałości.
Była zupełnie szczęśliwą i swobodną.