Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Bijou źle jadł, a Ninna napiera się na spacer. Jakże noc przeszła pani baronowéj?
— Nieosobliwie. Ten pokój jest za ciasny. Miałam trochę duszności. Proszę o śniadanie.
Wnoszono je natychmiast; baronowa je spożywała, leżąc, wybredzając na ciastka, grymasząc na kawę.
Potém zakładała ręce pod głowę i rozmyślała, jak dzień przepędzić. Najbardziéj lubiła te, w których miała wizytę u szwaczki lub u fotografa. Wtedy wstawała żywo i była wesoła. W inne dnie świat dla niéj był tak pusty i nudny, że nie miała wcale ochoty z puchów wychodzić. Wtedy czekała na matkę, która około południa wracała z miasta, uśmiechniona lub opryskliwa, stosownie do tego, jak jéj się udały interesa. Przychodziła do córki ze skórzaną torebką w ręku, w kapeluszu i okryciu, i zaraz kazała angielce wynosić pinczera i kotkę, które wylęgały się na łóżku córki.
Wtedy wynikały spory.
— Nie ruszać mi faworytów! — wołała baronowa. — Wolę je, niż wszystkich ludzi.
— A ja nie cierpię. Z każdego człowieka, byle go umieć wyzyskać, może być korzyść, a z tego co! Głupie i krzykliwe, a kosztuje tyle, co koń kareciany! Wiesz, że rumuńskie papiery spadają?
— To niech je mama sprzeda.
— Ani myślę! Kupiłam dzisiaj więcej. Wstawaj, przecie już dwunasta.