Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzie obdarowaną: za chleb i opiekę daj jéj pani szczęście na stare lata. Tak to pojmując, nie będziesz już czuła ciężaru.
— Gdyby nie pani, nigdybym nie pojechała. Alem wtedy przy konającem dziecku aniołów stróżów wzywała, i pani weszła. Odtąd co pani mi doradzi, spełnię! Mam tylko jedną prośbę do pani. Proszę wziąć sobie ten obraz, który panią do mnie sprowadził.
— Nie! za nic!
— Ależ ja pani nim płacić nie chcę; już on dla mnie cud uczynił. Jużem o los dziecka spokojna. Teraz niech on u pani zostanie. Ja wiem, że on pani szczęście przyniesie, w złéj chwili ratunek da. Proszę, niech mi pani nie odmawia. Ja-bym chciała szczęścia dla pani — Bożego szczęścia — bo kto go bardziéj wart!...
— Ejże, bo uwierzę, żem doskonałość, i strąconą będę do piekieł. Jeśli pani koniecznie chce, obraz zatrzymam jako depozyt dla Janka. Latem się zobaczymy. Przyjadę koniecznie zobaczyć, jak się pani powodzi.
— O, przyjedź pani. I tak mi przykro, żem panu Oryżowi nie podziękowała. Daj mu, Boże, dobrą dolę za jego serce i opiekę! Niech mu pani powié, że codzień się modlę za niego.
Zawołano ich do obiadu, i Boińska, pokrzepiona otuchą, straciła swoją sztywność i nieśmiałość.