Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Była urządzona z przepychem, miała pyszne światło — ale pustką z niéj wiało. Puste płótno na stalagach, farby nietknięte, nigdzie studyów ani szkiców.
— Nie zacząłeś jeszcze nic? — spytała.
— Jutro. Przyjdź za tydzień na krytykę.
— Dobrze. Ale pamiętaj z początku tęgo się wprawiać. Zaniedbałeś rękę Powinieneś szkicować bez przerwy teraz.
— Czy ty kiedy myślisz o czém inném, jak o malarstwie? — zaśmiał się Filip. — Sztuka stała się w tobie maniją.
— Zawsze tak było, tylkoś ty się zmienił. Otóż już dzwonią. Pójdźmy!
Pierwszy przybył Fink, prześladowca Oryża, wydawca i spekulant książkowy; był osobistością znaną i wpływową. Bardzo bogaty, bystry, rzutny — miał język cięty, stosunki rozległe i wielkie zachowanie wśród artystów i literatów.
Krótki i gruby, miał rysy wydatne, uśmiech satyra, spojrzenie cyniczne. Czuł swą siłę i dość lekko traktował każdego.
Gdy wszedł, jednym rzutem oka otaksował wartość mebli i mieszkania i rzekł do majorowéj:
— Winszuję, winszuję. Pupil i synowiec pani ma wielki dar i gust wybredny. Lokal cacko, piętnaście tysięcy. Co? zgadłem?
— Nieomal — odparł Filip.