Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I nagle sztuka, poryw artystyczny, chęć do sławy nawet, opadły, i gdyby usłuchał chęci, która, jak burza, przeszła mu przez duszę, uciekłby ztąd i pędził do niéj i powtórzyłby u jéj stóp frazes, który mruczał z uporem szaleńca:
— Daj śmierć lub siebie!
Magda wyszła ze swego pokoju i patrzyła nań. Chciała się cofnąć, ale się przemogła i, kładąc mu rękę na ramieniu, rzekła:
— „Salamandrze“ dasz jéj rysy i stworzysz arcydzieło.
Ocknął się i rzekł zmęczonym głosem:
— Nie widziałem jéj już od tygodnia.
— To za długo! Pójdź dzisiaj. Wyglądała jak urażona, wspominając ciebie.
Majorowa przerwała rozmowę, więc zeszli do bramy i wsiedli do powozu Filipa.
Kurs był bardzo krótki, ale majorowa znalazła przecie czas upatrzéć w oknie jakiejś suteryny dziecko blade i bezczynne, do którego obiecała sobie zajrzéć za powrotem.
Filip mieszkał jak milioner. Zajmował pięć pokojów, miał lokaja w liberyi, meble eleganckie, mnóstwo cennych drobiazgów i przedmiotów, zebranych w podróży.
Kiedy majorowa oglądała salon i jadalnię, Magda spytała przedewszystkiém o pracownię i poszła do niéj.