Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/267

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Powiedz prawdę. U Malickich sama będę, u Berwińskiéj téż. O resztę mi nie chodzi.
Wróciła do pracowni i spokojnie wzięła się do pakowania swego artystycznego bagażu. Wahała się chwilę, czy nie odpowiedziéć Filipowi; ale po namyśle postanowiła milczeć. Z oburzenia przeszła do wstrętu ku niemu. Zebrała wszystkie po nim pamiątki, nawet ten album włoski, i zrzuciła, jak śmiecie, na spód szafy. Potém ubrała się i poszła na miasto. Miała do załatwienia dwie sprawy. Udała się przedewszystkiem do szarytek i zapowiedziała zwłokę w wykończeniu Stacyi, potém ruszyła do zakładu, gdzie pracowała Berwińska, i zaprosiła ją na wieczór do siebie.
Wracając, wysłała depeszę do Boińskiéj i, wolna już do wieczora, poszła na przechadzkę za miasto. Wolała teraz być samą, niż słuchać narzekań siostry, a wybierała ustronne ulice, by nie spotykać znajomych.
To téż drgnęła z przykrości, gdy nagle o krok przed sobą spostrzegła Sylwestra.
— A to niespodzianka! — zawołał. — Co panią sprowadza w te zaułki? O osobliwość!
— No, ja tu bywam często. Muszę szukać typów, ludzi, ruder, gry cieni... Ale co pan tu porabia? — odparła swobodnie, bez zwykłego jednak uśmiechu.
— Jam tu szperał w spuściźnie po starym eme-