Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/268

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rycie i kupiłem saską skorupkę. Cóż słychać u państwa? Zawsze dobrze?
— O, niezawodnie. Złe i dobre zależy od punktu widzenia i gustu każdego z nas...
— Pan w domu? Może gotuje jaką niespodziankę? Ostatniemi czasy wyglądał natchniony i tajemniczy. A czas-by był, żeby się publiczności przypomniał; ale pani go absorbuje.
Magda zmarszczyła brwi.
— Pan się myli co do osób. Nie absorbowałam go nigdy i nie z mojéj racyi przestał malować. Tego zarzutu nie przyjmuję na siebie.
— Ja téż nie tak myślałem. Gdy się kocha, wszystko inne maleje i niknie!
— Właśnie. Szczególnie, gdy się złe i złych kocha...
— Trzeba mu wiele wybaczyć: natura artystyczna, wrażliwa, krańcowa. Jego nie można mierzyć zwykłą miarą. Jemu wiele wolno!
Miała na ustach ostrą odpowiedź, ale milczała. Już nie miała prawa go sądzić. Pomyślała tylko z goryczą, że zdanie Sylwestra będzie zdaniem ogółu i że ten ogół będzie na jego czyn patrzył pobłażliwie, a ją potępi.
Towarzystwo Sylwestra nużyło ją, więc zwróciła się ku domowi i rzekła:
— Śliczna i wczesna wiosna. Cieszę się, że znajdę już na wsi fijołki na skłonach rowów.