Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ostatecznie, mnie moje dość długo ciężyły! Jesteśmy znowu wolne. Gdy nas nie będzie, sprawa się nie rozgłosi, a jeśli wezmą mnie ludzie znowu na języki, wolę uniknąć plotek i niby przyjacielskich ubolewań i pociech, bo doprawdy, nie czuję potrzeby pociechy!
Osiecka miała chaos w głowie.
Bardzo praktyczna i przytomna, objęła w jednéj chwili cały bezład, jaki katastrofa ta wywoła w ich życiu, i perspektywa ta zdwoiła jéj oburzenie na Filipa.
— I przez takiego infamisa trzeba cierpiéć, kłamać, uciekać! Bodaj go dobrzy ludzie nie znali! Masz, broniłaś baronowéj, zapłaciła ci za to! Wyjechać: dobrze ci mówić! Na kogoż zdam szkołę, dom? Kto za ciebie Stacye skończy? Gdzie pojedziemy?...
Magda milczała. Po pierwszym wybuchu następowała reakcya nudy, niesmaku i zniechęcenia. Ruszyła wreszcie ramionami.
— Miałam wyjechać na wakacye, odwiedzić Boińską; wyjadę dzisiaj. Ty zostaniesz dni kilka, załatwisz co naglejsze. Tam obmyślimy, dokąd się udać.
— No, a jak mnie obiegną znajomi pytaniami, co mam mówić? Jeśli myślisz, że skłamię i jego oszczędzać będę, to się grubo mylisz.