Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/265

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jerychonkę, która ożyć miała w słońcu i cieple. Ale roślinka była martwa, szara i biedna. Nie ożyła!...
Magda uśmiechnęła się smutnie.
— I ty i ja przeceniłyśmy swą żywotność. Tobie trzeba pustyni może — mnie sztuki. Nie zakwitniemy już ludziom!
I schowała napowrót roślinę do skrzynki.
Osiecka dnia tego nie poszła do szkoły — zbyt była niespokojna o Magdę.
Gdy ją ujrzała z listem w ręku, domyśliła się katastrofy.
— Uciekł? — zawołała.
— Tak, i na pożegnanie to mi zostawił.
Podała list i rzekła gorzko:
— Bardzo rozumnie uczynił. Przynajmniéj od jednego pociągnięcia pióra wykreślił się z mego serca, pamięci, nawet myśli! To gorzkie, ale zdrowe...
Osiecka przeczytała i poczerwieniała z oburzenia.
— Łotr! Obelgi i brudy na ostatnie danie. Niechże mu tamta odda za ciebie. To go nie minie! Boże, ale co teraz świat powie i co my powiemy? Przeklęty dzień, kiedy on ten próg przestąpił!
— Możesz i mnie zarzutami obarczyć. Jam winna! Byłam zarozumiała i lekkomyślna — i poszłam wbrew powołaniu. Ale teraz nie czas na skargi i rozmyślania. Trzeba nam ztąd wyjechać. Nie chcę, by ludzie go sądzili i szkalowali przede mną, a nie chcę téż go bronić i osłaniać. Dość tego! obowiązki podeptał