Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chłód, obojętność i zaniedbywanie, oddaliły mnie od ciebie, przykuły do tamtéj. To usposobienie twoje jest mojem wytłómaczeniem, jest zarazem pewnikiem, że nad stratą męża cierpiéć nie będziesz.
„Dowiedziałem się przytém, żeś któregoś wieczora miała schadzkę z Oryżem. Usuwam się z drogi i mniemam, że mnie zbyt ostro sądzić nie będziesz. Jadę do Wenecyi i żegnam cię, życząc pomyślności.“
Magda trzy razy odczytała list, potem go odrzuciła ze wstrętem. Miała go dotąd za lekkomyślnika i za słaby, wrażliwy charakter, a on był samolubem i bezczelnym kłamcą. Skrzywdził ją, wstyd uczynił, a potem oplwał i swemi winami obarczył.
Oparła głowę na rękach, zgnębiona, nieszczęśliwa, nietyle jego stratą, ile ostateczną zagubą swych ideałów, marzeń i nadziei.
Był to kryształowy gmach, a teraz się rozsypywał w drzazgi, w rumowisko, z którego nie zostanie nic na przyszłość, oprócz gorzkiego rozczarowania i żalu, że tyle na to zmarnowała lat i uczuć.
Otrzeźwiała dopiero w téj chwili i poczuła, że serce jéj jest wolne, że go już nie kocha, ani żałuje, że przestał dla niéj istnieć.
I nie bolało jéj to, owszem zdawała się zbudzoną z męczącego snu, przeciągnęła się, jak ptak, gdy zbiera skrzydła do lotu.
Wzięła list i wyszła z gabinetu. Gdy przechodziła przez pracownię, przypadkiem wzrok jéj padł na