Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jeżeli tak jest, tośmy były do tego przygotowane.
Infamis! — wybuchnęła Osiecka. — Boże, co ludzie powiedzą? A mówiłam ci, odpraw go. Na co to było potrzebne! Przeklęty człowiek!
— Moja droga, jeszcze nie mamy pewności. Może się zjawi lada chwila...
— Ja wiem, że się nie zjawi! Wziął 10,000 reńskich i poleciał za baronową. Wiesz przecie, że wyjechała przed tygodniem.
Magda nic nie odpowiedziała. Spodziewała się najgorszych rzeczy, ale nigdy się nie spodziewała, że tak gorzko znosić je będzie.
Odeszła do siebie; chciała pracować, i nie mogła. Trapiła ją nieznośna niecierpliwość i chęć pewności. Wyczekiwała jego powrotu, potém wieści. Przecie da znak życia! Poszła do jego gabinetu i przerzuciła papiery na biurku. Nic nie było zamknięte. Wreszcie w jednéj z szuflad znalazła list do siebie. Pociemniało jéj w oczach i drżały ręce, gdy rozdzierała kopertę.
„Chciałem wyjechać bez uwiadomienia cię o celu i powodzie odjazdu, ale pomyślałem, że niepotrzebnie cię mam oszczędzać. Jesteś tak trzeźwa i rozsądna, że możesz usłyszéć prawdę. Kocham tę kobietę nad życie, nad obowiązek, nad wszelkie prawa i zakazy, istniéć bez niéj nie mogę.
„Może-byś mnie była zjednała dla siebie, ale twój