Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


od zarzutów uwłaczających. Mnie jéj bardzo żal, bo ona cierpi na tém.
— Nad czém? — ostro spytał Filip, a czuł, że go dreszcz przeszedł.
— Nad twoją zmianą.
— Mówiła to panu?
— A jakże! Wspomina cię tak sympatycznie; pojąć nie może, co ci się stało. Bo i prawda! Byłeś jéj narzeczonym, mąż nie chce dać rozwodu: cóż ona winna, za co ją karzesz? I jéj żywot nie słodki! Wiész przecie! Nie godzi się go pogarszać jeszcze nową obmową z twojéj racyi. Znam zaś dobrze twoją żonę i ręczę, że byłaby mojego zdania.
Filip milczał, patrząc w ziemię. Była to pierwsza pokusa, podana w zdradnéj formie szlachetności. Oburzył się w pierwszéj chwili, odczuł ból, potém przypomniał sobie rozkosz, potém zaczął z sobą się certować: czego ma pilnować, swojego obowiązku honoru, czy swojego obowiązku uczciwości?...
I powoli jego chęci zaczęły się chylić ku temu dziwnemu honorowi, który nakazuje oszczędzać opinię kochanki, a pozwala oszukiwać żonę.
Odzyskał zupełnie panowanie nad sobą i rzekł ze swobodą światowca:
— Postaram się przekonać panią baronową, że jeślim ją uraził, to tylko niechcący.
— To dobrze. Tak się należy! — potakiwał