Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Sylwester, zupełnie przekonany, że w sprawie téj odegrał także zaszczytną rolę.
Magda dnia tego wybrała się do Zaklickich, a po powrocie nie zastała Filipa.
Osiecka piorunowała na nieporządek z obiadem, ale ją artystka zaczęła reflektować.
— Ależ, Maryniu, przecież on nie jest twoim wychowańcem ze szkółki! Dajże mu swobodę.
— A daj, daj! Ładnie na tém wyjdziesz, zobaczysz! Jestem pewna, że on cię już oszukuje.
Może być, ale go zaczniemy więzić i musztrować, jak rekruta, to musi być! Otóż i dzwoni.
Poszła sama otworzyć i rzekła wesoło do wchodzącego:
— Drugi winowajca. I ja spóźniłam się na obiad. Chodź prędzéj, weź na swoje barki połowę gderania.
— Przepraszam — rzekł Filip. — Miałem parę wizyt po śniadaniu i — chciał powiedziéć — „byłem u baronowéj“, lecz coś go powstrzymało, więc się zaciął i dodał: zapomniałem godziny.
Dlaczego się nie przyznał? Nie bał się żony; był pewien, że gdy powié powód, ona sama tę wizytę pochwali; nie miał jeszcze nic na sumieniu, ale pod Magdy jasnym wzrokiem uczuł wstręt do siebie, i skłamał.
To był pierwszy krok na zawrotnéj pochyłości.
Przy obiedzie tknęło go coś, jakby chęć szukania