Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ta wasza, z Sokolina! — zawołała Okęcka, zwracając się do siostrzenicy. — A, i jam się jéj nie przyjrzała! Patrzcie-no, jak to się rozbija, a nie pamięta, jak dziadek młyny dzierżawił.
— Niby pani to pamięta! — uśmiechnęła się Magda.
— A pewnie, bo to było u mego ojca. Jak pani mnie odwiedzi, pokażę pani dotąd jeszcze istniejący ten młyn. Bo myśmy się nie dali zjeść w kaszy, jak Boińscy.
— Co tam sądzić! — wtrącił ksiądz. — Bóg sprawiedliwy...
— Ale nierychliwy! — szepnęła Boińska, myśląc ze strachem o tem życiu, jakie ją czekało u ciotki, która na wstępie oznajmiła jéj, że ją przyjmuje, jak krzyż Pański i pokutę.
Jechała przecie, bo musiała to zrobić dla dziecka.
— To pani majątek w sąsiedztwie Sokolina? — spytała majorowa.
— O miedzę. A ten baron Faustanger stoi ze swym pułkiem o mil parę. Znam go, bo zeszłej zimy kupował u mnie furaż. Piękny mężczyzna, ale ponuro patrzy, i mówią, że kat dla ludzi.
— Pani powinna nasze strony poznać — rzekł ksiądz do Magdy. — Mamy śliczne góry, i potoki, i stare zamczyska.