Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/323

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Więcéj stróżów każę dać na noc! Trzeba uprzedzić policyę. Okropność!
— A czemuż pani córki nie pilnowała, zamiast teraz lamentować? Kto sieje wiatr, zbiera burzę, a kto oszukuje, ten wreszcie mnsi płacić. To zwykły rzeczy porządek!
Baronowa gwałtownie wstała od stołu i, słowa nie rzekłszy, wyszła. Wtedy Faustanger, jak gdyby się opamiętał, umilkł. Oryż jął starą uspokajać.
— No, z za płotu on strzelać nie będzie. Zresztą może odzyska równowagę.
— Niech pani péjdzie do Alicyi i poradzi jéj odemnie spokój i umiarkowanie! — przerwał Faustanger niecierpliwie.
Radczyni usłuchała skwapliwie; Oryż, jakby na to tylko czekał, wybuchnął:
— I to dlatego, by takie urządzić życie domowe, odzyskałeś żonę? I to ma być miłość i związek do śmierci nierozerwalny! Ohyda, hańba, męka, galery! Fuj, nie wstyd ci? Nie wierzę, by ci z tem dobrze było! Mścić się tak całe życie — trzeba być szatanem!
— Cha, cha, cha! — wybuchnął Faustanger. — A ty wiesz, że ona mnie właśnie kocha?
— Głupiś, gdybyś nie miał oczu zalanych winem, tobyś widział, jakie to kochanie! Nienawidzi cię i lęka się. Może chce cię zabić miłością, więc z nienawiści szał czerpie! A tyś nie wart niczego lepszego!