Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/318

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stryja w Buczaczu. Nie powiem ci, żebym przepadał za damskiem towarzystwem!
— Ani ja! — przyznał Faustanger. — Ale moje kobiety przerobiłem do szczętu! Muszę je mieć dla dekoracyi majoratu: niechże je mam według swego gustu. Mój przyjaciel jest pierwszą osobą w domu. Bądź spokojny. Będą cię honorowały raczéj za wiele, niż za mało. No, cóż porabiasz? Możeś już plunął na wstrzemięźliwość?
Oryż się skrzywił, jakby mu kto po odciskach deptał.
— Nie wspominaj. Ze wstydem muszę wyznać, żem śledź i że nabrałem nawet do wody gustu. Co porabiam? Załatwiłem twoje polecenia. Lili trochę spazmowała po tobie, ale rada była imdemnizacyi za koszta wojenne!
— Trzeba ją było pocieszyć!
— Mam wstręt do brunetek, i naprawdę nie przyszło mi to na myśl. Przepadło! Teraz ci powiem cośkolwiek o Osieckim.
— Co to jest?
— Dobryś! ten malarz...
— Ach, ten! A to powiedz baronowéj. Ją to może zabawi. Cóż, zastrzelił się?
— Ba, on woli zastrzelić twoją żonę pierwéj; potém zapewne i sobie naboju nie pożałuje. Między nami mówiąc, ten jego zamiar dużo ma więcéj sensu niż wszystko, co czynił dotychczas.