Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/287

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przeszli tak cały pałac, zatrzymali się na podwórzu. Baronowa zwróciła się do Filipa:
— Zaczekam tu na ciebie. Idź, przynieś mi róż lub fijołków!
Ruszył bez słowa, jak dobrze wytresowany pies, a ona poprowadziła go wzrokiem; potém powoli zbliżyła się do studni, przy któréj stał sam Faustanger. Francuzka z Oryżem byli jeszcze na galeryi.
Eh bien, baron! — szyderczo rzekła piękna pani. — Czy udajesz, że mnie nie znasz, abym nie zażądała rozwodu!
Faustanger obojętnie ruszył ramionami.
— Bez żądania i prośby mogę go miéć i wezmę, kiedy mi się podoba. Rychło! A gdybym poznawał panią, to-bym musiał się bić z tym chłystkiem. Znajduję zaś, że szpada lub pistolety... za dobre dla was i za was!
— Cóż znaczył list i depesza o śmierci Ludwika, jeśli się znać nie mamy? — rzuciła z widoczném rozdrażnieniem.
— Chciałem uspokoić panią, a szczególnie kochaną teściową, że wam na kark nigdy już nie spadnę. Mogę kupić sobie dzisiaj dzięsięć takich, jak wasz, majątków i miéć sto kochanek od pani piękniejszych. Zresztą, wspomniała pani o rozwodzie. Mam w téj kwestyi trochę do pomówienia. Proszę mnie wezwać do siebie, bylem nie zastał téj lali. Nie lubię patrzéć na głupców.