Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


prośbę drwiną zbędzie; może jeszcze na przekór uczyni.
— To téż niech pani nie radzi i nie prosi, ale wymaga. Za skutek ręczę, chyba pani nie chce się tém zająć.
— Ależ on u nas nie bywa wcale! Nie spotykam go nigdzie.
— Może go pani spotkać u panny Berwińskiéj.
Zamyśliła się i po chwili rzekła niby wesoło:
— Jeśli panu na tém zależy, mogę to zrobić, ale nie wierzę, bym kogo mogła od zatracenia wstrzymać.
— No, a ja ręczę! — odparł doktor, patrząc na nią z rzetelném uznaniem. — Dlaczegom to powiedział. Szkoda mi człowieka: umierać mu nie pora; a żyć jak bydlę nie powinien.
Gdy odszedł, Magda po namyśle postanowiła odwiedzić zaraz Berwińską. Doczekała wieczora, a że Filip, jak zwykle, był na mieście, opowiedziała się Osieckiéj i poszła.
Berwińska po śmierci ojca przeniosła się do mniejszego jeszcze lokalu; zajmowała malutki pokoik, nie prowadziła nawet kuchni, pracowała parę godzin więcéj.
Od czasu swojego ślubu Magda nie była u niéj, a teraz idąc rozmyślała, co ma jéj powiedzieć. Postanowiła jeszcze milczéć.
Znalazła Berwińską, jak zwykle, zajętą rozcina-