Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nigdzie ciebie spotkać nie można. Czy nie myślisz mniszką zostać?
— Żartujesz; a jaki toby raj był! W takim włoskim cichym klasztorze osiąść, patrzéć na góry i słońce, na laury i oliwki, na świat bez ludzi! Możebym wtedy potrafiła malować takich świętych, jak ci na tych freskach, co nam je ów mnich pokazywał; pamiętasz? „Ciało tworzy ciało, a duch ducha. Ecco — signorina!“
I uśmiechając się, naśladowała ton fratra.
— Pamiętam. Stary filut, który każdemu w ręce zazierał, czy nie ma tabaki!.. Cóż tedy porabiasz, tak siedząc w domu? Studyujesz różne zakonne reguły?
— Puść to w kurs, jako epilog zdrady Oryża! Wiész co, Filip? tyś się urodził na reportera.
— Ja wcale Oryża nie wymyśliłem. Słowo ci daję! Niesłuszny masz żal do mnie. — Żywo zaprzeczył.
Potrząsnęła głową.
— Ależ ja do ciebie cienia żalu nie mam! Dobrze mi bardzo bez ludzi. Nigdym tyle nie skorzystała, co temi czasy; i dni biegną, jak myśl. Dużom czytała, szkicowała; trochę grywam Maryni; raniutko, gdy wy jeszcze spicie, chodzę na spacery; dysputujemy z Malickim, mam Berwińską, i doprawdy nie uważam, aby mi kogo brakło. „Kult“ poszedł, mam wakacye — wesoło mi! Za tydzień