Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zacznę siostrzyczkom malować „Stacye“, i bardzo się cieszę tą robotą.
Patrzał na nią, gdy to mówiła, i z zazdrością czuł, że wszystko było prawdą. Uczciwe jéj rozumne oczy spoglądały jasno i swobodnie, pogoda i siła była na czole, usta uśmiechały się, a cała postać była harmonią swobody, woli i młodzieńczego wdzięku.
— Zazdroszczę ci! — z przekąsem rzekł. — W tym wieku uchować niefrasobliwość i dziecinne uciechy, to osobliwość.
— Mój staruszku, czy ci trzeba plastra, czy rumianku? Może pedogra dokucza? — odparła żartobliwie.
Ruszył ramionami, chmurny.
— Żałuję, że z tobą dziś nie można pomówić poważnie. Nie mam usposobienia do żartów.
— Niewolnicy są zawsze, jeśli nie eligijnie, to dramatycznie usposobieni. Zapomniałam, że:

Niewola sączy jad,
Co rozkłada duchów skład.

Przepraszam cię, dotąd byłeś tak dumny z jarzma. Czy zaczynasz je targać, żeś je poczuł i sposępniał?
— Żegnam cię. Uważam, że jednakże niełaska tłumu podziałała na ciebie. Wojujesz sarkazmem.
Brał za kapelusz, ale go powstrzymała.