Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/317

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


okna, w dworku Okęckiéj. Wiedział od Berwińskiéj, że mieszkała tam a codzień jeździła do Buczacza i, stosownie do obietnicy, malowała w kościele kaplicę Majową.
Wielka moc i tęsknota ciągnęła go na ów gościniec, a przytém drżał z lęku i niepewności: czy téż jéj miłym będzie, czy nie pomyśli, że jest natrętnym?...
Westchnął i ku Sokolinowi zawrócił.
Droga była pusta, wiła się zygzakiem, z góry na dół i napowrót pod górę.
Park sokoliński już widać było: więc Oryż swoje rojenia odegnał i wrócił myślą do celu podróży. „Ostrzedz Faustangera, czy nie?“
Jeszcze był sobie na to pytanie nie odpowiedział, gdy usłyszał turkot, parskanie koni i z po za zakrętu drogi ukazał się rotmistrz, powożący sam małym wolantem i parą szalonych trakenów. Osadził je na miejscu i rozpromieniony zawołał:
— Siadajże. Dałem Stefanowi garść złota za dobrą nowinę! Witaj, rad cię widzę, jak stuletnią śliwowicę!
Oryż wsiadł i rzekł ze śmiechem:
— Żeś mi rad, wierzę, ale twoja pani dużo mniéj się moim widokiem ucieszy. Dlategom cię uprzedzić kazał. Jeśli mam jéj przykrość sobą uczynić, możemy się tu na drodze rozmówić, i pójdę do