Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/316

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Już tydzień.
— No, to nie ma co z tobą gadać!
Na stacyach zmieniali się podróżni. Oryż słuchał co mówią. Katastrofa, gdyby się stała, rozniosłaby się po całym kraju. Ale nikt ani wspomniał o Faustangerze.
„To szczególne! — myślał Oryż. — Czyżbym go uprzedził? Może się w Wiedniu zatrzymał, a może po namyśle sam na sobie owe rachunki podsumował. Zaczynam wierzyć w bajeczne szczęście baronowéj!“
Na stacyi najbliższéj Sokolina wysiadł z dyliżansu. Kilka dworskich furgonów oczekiwało na bagaże z Krakowa. Od fornali dowiedział się Oryż, że państwo zdrowi i gości nie było.
Rzekł tedy do hajduka:
— Ruszaj naprzód i uprzedź pana o mojem przybyciu. Ja tu drogi znam, pięć kilometrów to spacer. Pójdę piechotą!
Wieczór był bardzo pogodny i ciepły, a Oryża — im bliżéj było Buczacza — ogarniała jakaś rzewność, do któréj się przyznać nie był rad, nawet przed samym sobą. Znał te drogi, i parowy, i strumienie. Dzieciństwo tu przebył, potém, ilekroć do stryja zjeżdżał, deptał te ścieżki w bezcelowéj, próżniaczéj włóczędze.
Teraz tu niedaleko Magda była... Gdyby chciał, ruszyłby ot gościńcem i o świcie popatrzał w jéj