Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/315

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



X.

Oryż jechał jednym tchem z Wenecyi do Tarnopola, mało co śpiąc i jedząc. Nie spał, bo wagony trzeciéj klasy były przepełnione, a nie jadł, bo na ten zbytek fundusze jego nie pozwalały. Stanął przecie w Tarnopolu, ale bez grosza na dalszą podróż. Drobiazgi takie nie odbierały mu przecie rezonu. Lombard jest w każdem mieście, a zegarek kupił był sobie niedawno, więc starczyło na bilet do dyliżansu. Pierwszą osobą, którą spostrzegł wsiadając, był stary hajduk Faustangera.
Oryż napadł nań, jak policyant na socyalistę.
— Zkąd? Czego? Co się u was dzieje?
— Wszystko dobrze — odparł spokojnie sługa. — Państwo zdrowi. Mnie posyłano do Krakowa po niektóre rzeczy pani baronowéj, gdyż będziemy w Sokolinie przez cały czerwiec. Potém wyjeżdżamy do Wiednia.
— Kiedyś wyjechał z Sokolina?