Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zawiść? Zdaje mi się, że to drugie. Przyjemniej deptać zuchwalców, niż niewolników.
— Żałuję tedy, że nie jestem zuchwałym — odparł, mimowoli jéj rękę cisnąc do siebie.
— Bądź nim pan. Ja nie bronię! — rzekła, patrząc w stronę.
Po nim drżenie przeszło, i w żyłach zawrzała krew. Czuł, że traci przytomność, upojony przeczuciem tryumfu.
— Niema tu nic pana? — spytała, rozglądając się.
— Nie. Zaledwiem się wziął do pracy.
— I panny Magdy nic nie widzę.
— I ona zajęta była tylko panią.
— Rada zapewne, że się mnie pozbyła. Czuję, że mnie nie cierpi za pana.
— Nie ma racyi.
— Kto to wie? — rzuciła z zagadkowym, drażniącym uśmiechem.
Stanęli przed portretem. Dużo ludzi przyglądało mu się, szmery się wzmogły. Mężczyźni usuwali się z drogi i pożerali oczami piękną panią, kobiety — strój jéj elegancki. Portret był umieszczony wyśmienicie, był tak żywy, że, zda się, występował z ram, mamił ruchem.
— Ależ się jéj udał! — szepnął Filip, owładnięty pomimo wszystko artystyczną mocą plastyki, zachwycony doskonałością wykonania.
— Pan-by zrobił lepiej, ręczę! — odparła. — Dla