Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Oryż, dech tamując, słuchał, czy głos Magdy nie stanie się smutniejszym, ale nie zauważył zmiany. Równie spokojnie rzekła:
— To ładne, bo proste. Zagraj pan jeszcze cokolwiek.
— Nie umiem grać — burknął, odkładając instrument. — Gram, póki mnie bawi, i dla siebie.
— Więc przejdźmy do salonu. Może pan trochę pogrymasi z Marynią, bo ja już mam dosyć na dzisiaj pana szczerości.
— Woli pani zapewne fałsze Osieckiego.
— O nie! Filip nigdy przede mną nie kłamie! — odparła żywo.
— Taki nosorożec! On pewnie się pani zwierza ze swoich sukcesów z baronową. To zupełnie na niego wygląda.
— Dlaczego?
— Bo on jest tak sobą zajęty i zachwycony, że oprócz siebie nic nie widzi. Będzie deptał po sercach i myślał, że czyni łaskę.
— Myli się pan. On mi serca nie zdeptał, bo ono na ziemi się nie wala; zaufanie zaś jego cenię bardzo i cieszę się niem.
— Jeśli on się zmarnuje, mała będzie szkoda. Ale jeśli pani z jego racyi się zmarnuje, to będzie wstyd.
— Bądź pan spokojny: i sama się uchowam, i jego