Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dopilnuję. Już zaczął pracować. Baronowa będzie miała poważną rywalkę w sztuce.
— Fink inaczej mówi: Osiecki będzie miał kapitalną modelkę, tylko dyabelnie drogą.
— Fink jest wstrętny. Sztuka w jego ustach, to, wedle przypowieści Salomonowych: „Kolce złote w pysku u wieprza!“ Nie wspominaj go pan. Gdy pomyślę, że to on jest krytykiem, opuszcza mię chęć do malowania.
— Alboż u nas jest krytyka? Jest paszkwil albo płatna reklama. Artysta, któryby chciał nauki, sądu, zdania sprawiedliwego od krytyki, niech się obwiesi. Bo żywemu nikt prawdy nie powie i nie napisze. Będzie interes dla kogo, by go chwalono... to obstaluje i zapłaci reklamę; nie będzie... to go zostawią na łup wszystkich zawiści, złości, szyderstw; słowem, wyrzucą go hyenom na pożarcie. Jeśli ma talent, to go publiczność czasem wydrze hyenom z pysków; jeśli nie ma szczęścia i sympatyi w tłumie... to przepadł.
Zamyślił się i po chwili znowu mówił:
— Znała pani Wacka Adamskiego? Dobre było chłopczysko, pokorne, pracowite, skromne. Nie był pyszny ze swojego talentu, choć miał rzetelną siłę. Osiadł tutaj i pilnie pracował. Mieszkaliśmy razem. Dał raz dobre studyum, sprzedał; dał coś drugiego... poszło. Więc duch weń wstąpił, zaczą w siebie wierzyć. Aliści, jak głowę nad tłum