Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tobie? Po co?
— A no, przenieść do mieszkania. Kupiłem go od baronowéj.
Magda miała przez chwilę złą myśl odmówienia mu właśnie za ton despotyczny i pewność siebie. Ale zastanowiła się i zreflektowała. Po co? Rozdrażnić go i stracić zupełnie...
— I owszem, jeśli ci na tém bardzo zależy. Zapewne niemiło jest miéć swój ideał na pastwie ludzkiéj ciekawości i uwag! Zabierz go!
— Dziękuję ci. Wiedziałem, żeś poczciwa.
— To jest głupia. O nie, mój drogi. Ustępuję ci nie przez poczciwość, lecz przez proste wyrachowanie. Nie robię tego dla ciebie, ale dla siebie. Cieszę się szczerze, żeś portret dostał, i życzę z całego serca, aby oryginał ciebie ocenił i pozostał twoim jak najdłużéj.
Filip, pamiętny obietnicy, tylko się uśmiechnął tryumfująco i nic nie wygadał.
Magda zabrała się znowu do roboty i opowiadała swobodnie:
— Miałam wczoraj ciekawą wizytę. Odwiedził mnie stary proboszcz z południa Galicyi, stryj Oryża, i panna Okęcka, obywatelka z pod Buczacza: dwoje ludzi muzealnych, którzy pierwszy raz w życiu przyjechali do Krakowa. Służyłam im za cicerone i miałam sto pociech. Dzisiaj Marynia ich powiodła na Wawel i będą tu na obiedzie.