Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


śmierci, która tu wchodziła, bardzo marnemi i pustemi. Zawahała się chwilę i rzekła do Oryża:
— Może im brak środków? — szepnęła poufnie.
— Starczy, niedługo już! — odparł apatycznie zmienionym głosem.
— Więc proszę tylko powiedzieć Berwińskiéj, żem była i że jutro przyjdę.
Wróciła do domu i już zastała Filipa. Rozmawiał zupełnie zgodnie z Osiecką. Spojrzał na nią pytającym wzrokiem, a widząc swobodny wyraz twarzy, poweselał. Coraz bardziéj utrwalał się w pojęciu, że ją kocha.
Osiecka wyglądała przejednana. Po parogodzinnym namyśle przyszła do przekonania, że Magda niewiele straci i niewiele skorzysta, wychodząc za Filipa, a jeśli już ma kogo poślubić, lepiéj swojego towarzysza i kolegę, niż obcego.
„Tego znam, że jest ladaco, więc można się obwarować — innego znać nie będę. Ten nie ma rodziny — wejdzie do naszego domu. Magdy z nim nie stracę, a uratujemy choć resztki spadku. Ostatecznie, lepsze złe wiadome, niż nieznane. Niech się dzieje wola Boża!“
Miał tedy Filip w niéj coś nakształt sprzymierzeńca.
Gdy odszedł, majorowa rzekła do siostry:
— Wiesz co, myślę, że możeś i mądrze obmyśliła. Przestaną ludzie gadać przynajmniéj o tobie.