Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mam robotę. Więc chyba nie dość ludziom anatomii i żywych, kiedy tu idą to oglądać. E, to także nauka, tylko już tak namalować nie potrafią! Tak, tak, signorina, waszym malarzom dają wieniec z lauru, a nasz dostał taką samą złotą obrączkę nad głową, jak ot tutaj ma święta Agnieszka! Zapamiętajcie: ciało tworzy ciało, a duch tworzy ducha!
Magda wstała i raźno podniosła głowę.
— To wszystko marność, gdy mi duch został i ideał. Do pracy, do myśli, do życia!
Gdy wychodziła z kościoła, ktoś dotknął jéj ramienia. Obejrzała się i uśmiechnęła radośnie na widok Berwińskiéj.
— Przecie, pomyślałaś o mnie — rzekła.
— Myślałam często, ale przyjść mogę ledwie raz na miesiąc. Co to znaczy, żeś w kościele? Dziś u was dzień przyjęcia...
— Skończyły się przyjęcia. Od dwóch tygodni nikt u nas nie bywa. Jestem pod interdyktem u kobiet — tych, co się szanują. Marynia zrazu płakała, teraz wymyśla każdemu.
— Za cóż to?
— Za Oryża. Ułożono między nami romans i postanowiono, że jeśli się nie pobierzemy, to na wieki odsądzona jestem od czci, wykluczona z towarzystwa.
— Gdzież Oryż?