Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nam już być mocną i hartowną; jeszcze tę chwilę tylko mam dla siebie.“
Mrok coraz gęstniał i tylko, jak skra złota, świeciła lampka przed ołtarzem; z kątów świątyni czasem wybiegało westchnienie ciężkie lub szelest różańcowych paciorków.
Ta wielka pusta nawa i to światełko jedno usposabiały do ukojenia i ciszy. Mury te, zda się, przesiąkłe były bólem i prośbą. Powoli tajała w nich dusza. Magda ani się spostrzegła, że mówi pacierz. Oczy jéj przeszły na lampkę i ujrzały w jéj blasku obrazek ze wspomnień włoskich.
Mnich stary oprowadzał ją po korytarzach mrocznych i objaśniał freski na ścianach na pół zatarte.
Postaci malowideł były prawie bez ciał, a twarze ich ginęły w ekstazie. Rzekła tedy do mnicha:
— Mistrz nie studyował anatomii i na żywych ludzi nie patrzył.
Zakonnik uśmiechnął się filuternie.
E, Signorina. A zkądże! Młodzieńczyk był, mówi legenda klasztorna. W lat piętnaście furtę przestąpił, a w swojéj celi widywał niebo. Co widział, to malował! Z ciała jest ciało, a z ducha duch!
A potém po namyśle dodał:
— Dwanaście lat mija, jak mi przeor polecił gościom freski pokazywać i tłumaczyć. Codzień